Dzisiaj znowu, zmęczony po całym dniu, usiadłem na kanapie, wziąłem do ręki telefon i odruchowo otworzyłem YouTube. Jak zwykle wszystko o AI. Kolejne this week was absolutely insane — nowy model generuje wideo lepiej niż poprzedni. Kawałek dalej liski skaczące na trampolinie, koty udające ludzi i inne ewidentnie wygenerowane bzdury. Zostałem sprofilowany, a algorytm podsuwa mi wszystko, co mogłoby przykuć moją uwagę i zatrzymać w aplikacji. Choć każdy z nas jest inny, a więc inaczej sprofilowany, to chyba każdy tonie w podobnie g… strumieniu.
Czy to znaczy, że wszystko, co dotyczy AI, to śmieci? Opisane wyżej zjawisko ma swoją nazwę — AI slop. Tanie, masowo generowane treści „o niczym”, które niczego nie wnoszą, a tylko zaśmiecają głowy i przestrzeń informacyjną. Łatwo z tego wysnuć wniosek, że cała rewolucja sprowadza się do obrazków, filmików i marketingowych tekstów. Ale to tylko wierzchołek czegoś znacznie większego — góry lodowej, której 90% kryje się pod powierzchnią.
Gdzie właściwie jesteśmy? I kolejna myśl: czy zaraz staniemy się niepotrzebni?
Podobne pytanie mógł sobie zadawać skryba w czasach Gutenberga. Choć dziś łatwo nam oceniać drugą połowę XV wieku z perspektywy stuleci, to ludzie z tamtych czasów obserwowali zmianę rozciągniętą na lata i, w związku z tym, nie mieli szans dostrzec całego łańcucha przyczyn i skutków.
Zawód skryby przepisującego księgi zniknął w ciągu jednego pokolenia. Rewolucja zaczęła się około 1450 r., a w 1478 (lub 1480) roku Vespasiano da Bisticci, słynny florencki handlarz rękopisów, zamknął warsztat, bo nie mógł już konkurować z drukiem. Jeszcze kilka lat wcześniej, opisując wspaniałą bibliotekę księcia Urbino, zanotował z dumą, że gdyby znalazł się w niej choć jeden druk, wstydziłby się w tak znakomitym, pisanym ręcznie towarzystwie. Napisał to, nie wiedząc, że druk już niedługo wykończy jego rzemiosło.
Między 1452 a 1460 rokiem wydrukowano w Europie około pięćdziesięciu tytułów. W ostatniej dekadzie tego samego stulecia — ponad trzynaście tysięcy. Już w 1473 drukarnia powstała w Krakowie. Wenecki mnich Filippo de Strata pisał, że pióro jest dziewicą, a druk nierządnicą. Czy nie przypomina Ci to dzisiejszej krytyki sztucznej inteligencji?
Analogię do prasy drukarskiej przywołuje często Boris Cherny z Anthropic[1]. To on jest też autorem stwierdzenia, że „programowanie zostało już w większości rozwiązane”.
Tutaj muszę zastrzec, że jestem tylko projektantem, nie programistą — jako projektant analizowałem, syntetyzowałem, rysowałem, modelowałem, renderowałem. Jednak od jakiegoś czasu piszę też kod, choć nie nauczyłem się programować. Moje narzędzia powstają podczas rozmowy z LLM[2]. Opisuję, czego chcę i dlaczego, i dostaję kod. LLM wielokrotnie się myli. Wielokrotnie mylę się ja. Ale z czasem zawsze udaje nam się do czegoś dojść. I jest to baaardzo satysfakcjonujące.
Nigdy nie planowałem ani nie chciałem tego robić. Po prostu pewnego dnia spróbowałem i zaskoczony stwierdziłem, że granica mojego zawodu przesunęła się. Wszedłem w kompetencje programistów i uniezależniłem się od nich. Teraz to ja jestem drukarzem.
Jeżeli skryba 500 lat temu stracił rękę, to dzisiaj programista stracił język. Nie potrzeba już nadzwyczajnej biegłości w Python, JavaScript czy C++, ponieważ zwykła mowa stała się językiem programowania wysokiego poziomu. Moją wolę po cichu model przekuwa w kod.
Co na to sami programiści? Rzucają poniekąd słusznymi i mocnymi zarzutami wobec vibecodingu[3]: że nieostrożny użytkownik wystawi na widok swoje dane i klucze dostępu albo wypuści produkt, którego sam nie rozumie. To jednak nie są argumenty przeciwko vibecodingowi — to argumenty za tym, by stosować go odpowiedzialnie. Jak zauważył Andrej Karpathy[4], miarą powinien być koszt porażki: inaczej jest z prostą grą, w której nikt nic nie ryzykuje, a inaczej z kodem, od którego zależy ludzkie życie albo cudze oszczędności.
Zastanawiam się, czy jednak nie chodzi w tych zarzutach o coś zupełnie innego. O głęboko zranione ludzkie ego. „Uczyłem się tyle lat, a teraz byle kto z pomocą LLM robi to, co ja”. Przyznaję, że jako projektant odczuwam to samo. Zapewne tak jak niejeden lekarz, dziennikarz czy prawnik, każdy, którego zawód kosztował lata nauki. Choć pociesza mnie trochę myśl, którą cytuje Karpathy za anonimowym użytkownikiem portalu X:
you can outsource your thinking but you cannot outsource your understanding — myślenie możesz zlecić na zewnątrz, ale zrozumienia nie.
Patrzę więc na programistów, na tych biednych skrybów naszych czasów, zaklinających rzeczywistość i tłumaczących mi, że bez nich nie zrobię sensownego kodu. I ciśnie mi się na usta: no to potrzymaj mi piwo.
Bo wygląda na to, że tama pękła i nikt już tego żywiołu nie zatrzyma. Człowiek z przyszłości w ogóle nas nie zrozumie. Kiedy będzie potrzebował działającego „czegoś”, po prostu o tym powie — i to się stanie. „Jak oni mogli tak żyć?” — pomyśli.
Czy my, projektanci, mamy w sobie tyle pychy, żeby wierzyć, że nas to ominie, że design jest nie do ruszenia? Skryba też był pewien, że jego pismo obroni się samo, że druk to nierządnica, której nikt nie wpuści między porządne księgi. Nie docenił, jak szybko świat przestanie cenić jego kunszt.
Ktoś, kto nigdy w życiu nie projektował, otwiera dziś okno czatu, wpisuje jedno zdanie i dostaje obraz, model, gotowy koncept. Powtarzamy sobie, że to nie to samo, że prawdziwy design jest gdzie indziej. Może. Ale dokładnie to samo mówili programiści rok temu — zanim weszły systemy agentowe, po których część z nich, nieumiejąca się dostosować, przestała być potrzebna.
Skoro skryba stracił rękę, programista język — to co straci projektant?
Vibecodując, zacząłem dostrzegać, w czym jestem lepszy ja, a w czym maszyna. Okazało się, że intuicja przestrzenna i praca na papierowych modelach dawały mi przewagę w rozumieniu, jak rzeczy zachowują się naprawdę, fizycznie. Potrafiłem zobaczyć, jak pracuje gięty arkusz — i, co ważniejsze, potrafiłem to, co widzę, opisać w sposób dla modelu zrozumiały. Miałem intuicję, jak moje narzędzie ma działać, i umiałem ją zakomunikować. Dopiero dzięki temu LLM mógł zaproponować właściwe rozwiązania matematyczno-programistyczne.
Jak sądzę, wynika to z tego, że mój model świata jest inny niż to, co „ma w głowie” model językowy. Ja internalizuję wiedzę nie tylko z tekstów i obrazów, ale też z całego mojego „obijania się” w przestrzeni. Maszyna wygeneruje technicznie poprawną makietę. Ale poprawna nie znaczy dobra. A prawdziwy projekt nie kończy się na ekranie w prezentacji. Kończy się w życiu konkretnych ludzi, w ich kontekście.
Może więc na razie zostaje właśnie to. Nie wprawna ręka, nie umiejętność wyrenderowania, bo to ma już każdy. Zostaje osąd, co warto powołać do istnienia. Kaligrafia była ręką, programowanie językiem. Design jest osądem.
A może tylko zaklinam rzeczywistość — tak jak programiści, z których przed chwilą zadrwiłem? Może nie chcę widzieć, bo zbyt mi w tym przekonaniu wygodnie.
Na dziś posiadam cudowny dar bilokacji, stojąc po obu stronach tej granicy. Jestem drukarzem, bo to moja aplikacja wyparła kogoś, kto kiedyś musiałby ją napisać. Jestem skrybą, bo za moment ktoś wyprze mnie. Nie wiem, kto to. Już czuję ten oddech za plecami. Zastanawiam się tylko, czy to człowiek.
twórca Claude Code, pracownik Anthropic
wielkim modelem językowym — osobiście używam najczęściej Claude’a
tworzenie oprogramowania językiem naturalnym przez rozmowę z LLM
twórca terminu „vibecoding”, współzałożyciel OpenAI, były szef AI w Tesli

